Zraszacz we florystyce
Drobna mgiełka, która potrafi uratować kompozycję
Co to jest zraszacz?
W świecie kwiatów są rzeczy oczywiste. Wazon, woda, świeże cięcie łodygi, odrobina cierpliwości. A potem są te drobne elementy, które na pierwszy rzut oka wyglądają jak zwykły domowy gadżet, ale w rękach florysty stają się narzędziem niemal rytualnym. Zraszacz właśnie do tej kategorii należy. To nie jest sprzęt, którym ktoś się chwali, nie stoi na honorowym miejscu w pracowni jak piękne szkło czy eleganckie wstążki. Zwykle jest gdzieś z boku, pod ręką, gotowy do użycia. I często dopiero wtedy docenia się jego znaczenie, kiedy go brakuje.
Zraszacz w florystyce to przede wszystkim kontrola wilgotności, ale też sposób na „oddech” dla kwiatów. Nie chodzi tu o lanie wody, tylko o lekką mgiełkę, która otula płatki, liście i zieleń. Daje wrażenie świeżości, przywraca sprężystość delikatnym elementom, a czasem po prostu pomaga kwiatom przetrwać trudny moment, na przykład po transporcie, w ciepłym wnętrzu lub w sytuacji, gdy kompozycja ma stać kilka godzin w dekoracji sali.
Wiele osób myśli, że kwiaty „piją” wyłącznie łodygą, a liście i płatki są tylko ozdobą. Tymczasem rośliny to żywe organizmy, które reagują na temperaturę, przeciągi, suche powietrze i światło. W kwiaciarniach, pracowniach dekoratorskich czy na zapleczu weselnym zraszacz jest jak mały, dyskretny strażnik kondycji. Nie zastępuje wody w wazonie, ale potrafi wydłużyć wrażenie świeżości, zwłaszcza w przypadku zieleni, która szybko traci jędrność.
Po co florysta używa zraszacza i kiedy to naprawdę ma sens?
Zraszanie kwiatów nie jest magiczną sztuczką, tylko narzędziem używanym w konkretnych sytuacjach. Florysta sięga po zraszacz wtedy, gdy widzi, że materiał zaczyna „siadać”, czyli traci napięcie, matowieje, staje się lekko zmęczony. Najczęściej dotyczy to zieleni, paproci, liści egzotycznych, ale też niektórych kwiatów o delikatnych płatkach, które łatwo wysychają w ogrzewanych pomieszczeniach.
Są też sytuacje, w których zraszacz działa bardziej na komfort wizualny niż na realne przedłużenie trwałości. Jeśli bukiet ma być fotografowany, jeśli dekoracja ma wyglądać świeżo na wejściu gości, jeśli kompozycja stoi w miejscu o suchym powietrzu, mgiełka dodaje jej życia. Kwiaty wyglądają wtedy jak „dopiero co ułożone”. To detal, ale w florystyce detale budują wrażenie jakości.
W praktyce zraszacz bywa używany w przygotowaniu kompozycji w gąbce florystycznej, czyli w klasycznych dekoracjach stołów, stroikach, aranżacjach w naczyniach czy w formach typu pot-et-fleur. Gąbka ma utrzymywać wodę, ale powierzchnia roślin i tak pracuje w kontakcie z powietrzem. Jeśli sala jest ciepła, a dekoracje mają stać długo, zraszanie bywa jak dodatkowa warstwa ochronna.
Warto też pamiętać, że nie każda roślina lubi zraszanie. Niektóre kwiaty źle znoszą wodę na płatkach, bo pojawiają się plamy, przebarwienia albo przyspieszone gnicie. Dlatego zraszacz jest narzędziem wymagającym wyczucia, a nie automatycznym ruchem. Zraszanie ma pomagać, a nie szkodzić.
Najczęściej zraszacz ma sens w takich sytuacjach jak:
- przygotowanie zieleni przed układaniem, gdy jest lekko przesuszona po transporcie
- odświeżanie kompozycji stojących w ciepłym, suchym wnętrzu
- praca z dekoracjami w gąbce florystycznej, które muszą wyglądać dobrze wiele godzin
- szybkie „podniesienie” estetyki bukietu przed wydaniem klientowi lub zdjęciem
To wszystko brzmi prosto, ale w praktyce to właśnie te momenty odróżniają kompozycję „ładną” od kompozycji „dopieszczonej”.
Jaki zraszacz wybrać i czym różni się dobry od przypadkowego?
Wydaje się, że zraszacz to zraszacz. Butelka, pompka, dysza. A jednak różnice wychodzą bardzo szybko, szczególnie kiedy pracuje się z kwiatami codziennie. Dobry zraszacz powinien dawać delikatną mgiełkę, a nie strumień wody. To podstawowa sprawa. Jeśli dysza pluje kroplami, na płatkach pojawiają się ciężkie plamy, które wyglądają nieestetycznie, a czasem wręcz niszczą kwiat.
W florystyce liczy się równomierne rozpylanie. Najlepiej, gdy mgiełka jest drobna, lekka i rozchodzi się szeroko. Wtedy można zraszać z pewnej odległości, bez ryzyka, że coś zostanie przemoczone. Ważna jest też wygoda trzymania, bo zraszacz często obsługuje się jedną ręką, w biegu, między przycinaniem a układaniem.
Są zraszacze ręczne, klasyczne, które działają na zasadzie pompki. Są też modele ciśnieniowe, większe, które po napompowaniu trzymają stałe ciśnienie i pozwalają na dłuższą pracę bez ciągłego naciskania spustu. Te drugie są szczególnie wygodne w pracowniach, gdzie robi się dużo dekoracji na raz, na przykład na ślub, event lub dużą realizację hotelową.
Dobry zraszacz nie może też przeciekać. To niby oczywiste, ale w praktyce tanie modele potrafią zostawiać wodę na blacie, w szufladzie albo w torbie florystycznej. A w świecie, gdzie obok leżą wstążki, papiery, pudełka i delikatne dodatki, przeciekający zraszacz jest jak mała katastrofa.
Istotna jest również możliwość regulacji dyszy. Czasem potrzebujesz mgiełki, a czasem minimalnie mocniejszego rozpylenia, na przykład do liści o większej powierzchni. Regulacja daje elastyczność, ale wciąż trzeba pamiętać o zasadzie: florystyka nie lubi nadmiaru wody na kwiatach, lubi za to świeżość i lekkość.
Jak zraszać kwiaty, żeby im pomóc, a nie zaszkodzić?
Zraszanie kwiatów to trochę jak doprawianie potrawy. Niby prosta czynność, ale łatwo przesadzić. Najważniejsze jest wyczucie ilości i momentu. Jeśli kwiaty stoją w chłodnym miejscu, w odpowiedniej wilgotności, często nie ma potrzeby ich zraszać wcale. Zraszacz nie jest obowiązkiem, tylko narzędziem, które ma sens w konkretnych warunkach.
Jeśli jednak kwiaty są narażone na suche powietrze, ogrzewanie, ciepłe lampy lub intensywną pracę w trakcie układania, delikatna mgiełka może być dla nich ulgą. Zrasza się wtedy głównie zieleń i elementy, które tracą jędrność. Z kwiatami trzeba uważać bardziej, zwłaszcza z tymi o aksamitnych płatkach, jasnych kolorach lub podatnych na plamy. Często lepiej zraszać liście wokół niż sam kwiat.
W florystyce ważna jest też czystość wody. Zraszacz powinien być napełniany czystą wodą, najlepiej świeżą, bez zapachu. Jeśli zraszacz stoi długo z wodą w środku, w środku mogą rozwijać się drobnoustroje, a wtedy zraszanie robi odwrotną robotę niż powinno. W profesjonalnych pracowniach zraszacze są regularnie płukane, bo to po prostu higiena pracy.
Zraszanie nie zastąpi podstaw: świeżego cięcia łodyg, czystego wazonu, odpowiedniej temperatury i regularnej wymiany wody. To raczej „kropka nad i”. W domu może być świetnym wsparciem, jeśli masz bukiet w mieszkaniu z ogrzewaniem podłogowym, klimatyzacją albo w miejscu, gdzie powietrze jest suche. Ale trzeba robić to z głową, a nie jak odruch.
Zraszacz jako detal, który buduje profesjonalny efekt
Zraszacz we florystyce jest trochę jak światło w fotografii. Sam w sobie nie tworzy kompozycji, ale potrafi sprawić, że wszystko wygląda lepiej. To narzędzie, które działa subtelnie, bez wielkiego rozgłosu, ale w odpowiednim momencie potrafi uratować świeżość zieleni, dodać życia dekoracji i podkreślić jakość wykonania.
W praktyce florystycznej liczy się nie tylko to, jak kwiaty wyglądają w chwili ułożenia, ale też jak będą wyglądać później: po godzinie, po transporcie, po całym dniu. Zraszacz nie rozwiąże wszystkich problemów, ale jest jednym z tych małych sprzymierzeńców, które pomagają utrzymać kompozycję w dobrej formie. A w świecie, gdzie kwiaty są emocją, prezentem, symbolem i dekoracją jednocześnie, ta dobra forma ma znaczenie większe, niż się wydaje.
Jeśli więc ktoś myśli o florystyce na serio, nawet domowo, zraszacz jest jednym z najprostszych kroków w stronę bardziej świadomej pracy z kwiatami. Nie kosztuje wiele, nie zajmuje dużo miejsca, a daje efekt, który widać od razu. Czasem wystarczy kilka delikatnych psiknięć, żeby bukiet wyglądał tak, jakby właśnie wrócił z kwiaciarni. I w tym jest cała jego siła.
Zamów bukiet on-line
Wybieraj spośród dziesiątek autorskich kompozycji. W naszej kwiaciarni znajdziesz bukiety na każdą okazję.
Blog Florystyczny
Zapraszamy także na nasz blog florystyczny!
Czekają na Was sprawdzone porady, wskazówki dotyczące pielęgnacji kwiatów, ale także ciekawe felietony.